Stanisław

Jelenia Góra, dnia 17 czerwca 2008 r.
Słów kilka o Stanisławie Rażniewskim, Instruktorze Wykładowcy PZN, twórcy Aesculapa i Łysej Góry.

Jak krótko i zwięźle przedstawić tatę, jego pracę, dorobek sportowy, marzenia? Trudne to zadanie. Upłynęło tyle lat od czasu pierwszych lekcji narciarstwa czy tenisa, których mi udzielał. Szczegóły zacierają się w pamięci... Narciarstwo i tenis to pasje Stanisława Rażniewskiego. Tego trzyma się całe życie. Kocha sport i działa na rzecz wychowania dzieci i młodzieży. Jednocześnie potrafi pogodzić pracę zawodową z rodzinnymi obowiązkami. Przekonuje do narciarstwa swoją żonę Teresę. I od samego początku wspólnie wychowują swoich synów na narciarzy. Michał i Tomasz są instruktorami. Współdziałają na tym polu do dnia dzisiejszego, uzupełniając się wzajemnie, dzieląc obowiązkami w prowadzeniu Szkoły Narciarskiej Aesculap (Tomek wspiera rodzinę duchowo z dalekiej Kanady - teraz dzięki Internetowi kontakt jest niezwykle łatwy).

Odkąd sięgam pamięcią, słyszę o tacie słowa wypowiadane z szacunkiem, zawsze z domieszką podziwu, a jednocześnie okraszone szczerym uśmiechem, nieraz dobrą anegdotą. Ludzie znają go od najlepszej strony - pogodnego nauczyciela, oddanego całym sercem swoim dzieciom, zawodnikom. Nauczyciela z powołania. Pasjonata, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Oto fakt wybudowania stacji narciarskiej na Łysej Górze przy Szkole Narciarskiej... Kiedy sprawa ruszała, kręcono głowami z niedowierzaniem. Niektórzy się drwiąco uśmiechali... A jednak... Teraz jeździmy na nartach w Górach Kaczawskich... Zanim do tego dochodzi, tata wyjeżdża na zawody, zabiega o sprzęt dla reprezentantów klubów, w których pracuje ("Stal Cieplice" liczy się w światku narciarstwa alpejskiego). Biega po urzędach, załatwia sprawy, prosi... pokonuje mury urzędniczej machiny, rzadko się gniewa na przeciwników.

Mawia często: "Róbmy swoje...". I rzeczywiście, z uporem godnym maniaka, cały czas wykonuje swoją mrówczą robotę. Prowadzi lekcje wf-u w szkole (Technikum Ekonomicznym), rozwija tenis jeleniogórski - doprowadza do okresu świetności korty tenisowe w Jeleniej Górze. Są znane w całym kraju w latach siedemdziesiątych z ogólnopolskich turniejów "Września Jeleniogórskiego" i mistrzostw Polski. Pamiętamy dobrze mecze na najwyższym szczeblu Wojciecha Fibaka i Macieja Dobrowolskiego; nieco wcześniej Wiesława Gąsiorka, Tadeusza Nowickiego, Mieczysława Rybarczyka i wielu innych gwiazd ówczesnego polskiego tenisa. Patrzyłem na to. Kibicowałem, podawałem piłki... dzięki tacie spędziłem na kortach całe dzieciństwo. Grałem i odbijałem piłki o "ścianę". A Stanisław Rażniewski działa, działa, działa...
"-Panie Staszku, rakieta, naciąg poszedł... kredy zabrakło... -Panie magistrze, korty zalało, co robimy? Czekamy?". Jest zawsze w swoim żywiole. I radzi sobie z przeciwnościami losu.

Zimą narty... Klub przy "Fampie" w Cieplicach, pierwsza szkoła narciarska. Zaraz później Aesculap. Wieloletnia współpraca z PTTK... Uprawianie turystyki górskiej, krajoznawstwo zawsze idzie w parze z nauką podstaw jazdy na nartach i szkoleniem zawodniczym. Stanisław Rażniewski dba konsekwentnie, aby wychowankowie rozwijali się wszechstronnie. Ciężka, wieloletnia praca owocuje wyszkoleniem w Aesculapie zawodników, którzy po sukcesach w kategoriach młodzieżowych dokonują rzeczy, zdawałoby się, nierealnej w naszych warunkach. Zostają powołani do kadry przygotowań olimpijskich - na Salt Lake City 2002: Piotr Kaczmarek, Bartłomiej Wasileńczyk i Katarzyna Karasińska. Ta ostatnie do tej pory z powodzeniem reprezentuje Polskę w Pucharze Świata.
No i instruktorzy... Stanisław Rażniewski wychodzi z założenia, że najlepiej, najuczciwiej jest wychować swoich, od podstaw. Kosztuje to wiele pracy i czasu (a zawsze istnieje obawa, że pracę tą bez skrupułów wykorzysta kto inny). Do tej pory udawało się... 100 % kadry szkoły to wychowankowie od dziecka. Największym sukcesem kadry (i idei jej wychowania zarazem) było wystąpienie 40-osobowego zespołu na kongresie IVSI w Zakopanem.

Przy zgłębianiu życiorysu taty (Staszka, jak nazywają go przyjaciele) nie sposób pominąć tego, co o nim pisano i opowiadano. Pozwolę sobie zacytować tutaj obszerny fragment artykułu Krzysztofa Blautha ze "Sportowca" (1966), w którym autor trafnie charakteryzuje postać.
(cyt.) "Pionier - oto jest najwłaściwsze określenie mgra Rażniewskiego. Gdyż choć od pionierskich czasów odradzającego się w polskości Dolnego Śląska minęło już dwadzieścia lat, p. Stanisław pionierem pozostał. I pionierem tego wszystkiego, co nowe i trudne, co wywalczyć trzeba było niemałym nakładem sił i entuzjazmu - już zostanie. Jest jednym z pierwszych. Miał wówczas - latem 1945 r. gdy przybył tu do zrujnowanego Wrocławia z rodzinnego Zagłębia - zaledwie 22 lata. Wspólnie z takimi jak on entuzjastami przystąpił do zabezpieczania tego, co służyć miało w przyszłości jemu samemu i tysiącom jego kolegów i majatku wrocławskich wyższych uczelni. Spróbował medycyny, zrobił nawet pięć semestrów, ostatecznie jednak zdecydował się na dziedzinę, która stał się pasją jego życia - wychowanie fizyczne. Zrobił magisterium pracując zawodowo, w sporcie zaś specjalizując się w narciarstwie. I kiedy w 1954 r. działacze wrocławskich związków zawodowych postanowili szerzej ruszyć w karkonoskie narciarstwo,
zwrócili się opomoc w pierwszym rzędzie do mgr. Rażniewskiego. Nie odmówił. Zostawił niezłą posadę w wojewódzkim mieście, urządzone mieszkanie, asystenturę na uczelni i zagrzebał się w Cieplicach. Nawet nie w powiatowej Jeleniej Górze. Startował sam, w azetesiackich wrocławskich czasach, początkowo w biegach narciarskich, później w konkurencjach zjazdowych, już w barwach Stali Cieplice. Nie uzyskał błyskotliwych sukcesów na tym zawodniczym polu, zdobył jednak rzecz znacznie cenniejszą - serca jeleniogórskiej młodzieży. Jej poświęcił gros entuzjazmu i wysiłków, zarówno w pracy nauczycielskiej w szkole jak i na trenersko-klubowym polu. W zimie narty, w lecie tenis - oto jak wyglądał kalendarz sportowy mgr. Rażniewskiego. Wbrew rozlicznym przeszkodom organizował więc w Sudetach imprezy narciarskie. Puchary Przesieki, Puchary Karkonoszy, wiosenne zawody w Kotle Smogorni.
Nie zawsze wysiłki jego i jemu podobnych entuzjastów znajdowały odzew, dolnośląskie narciarstwo ciągle nie mogło wydostać się z zaścianka. Mgr. Rażniewski walczył, agitował, przekonywał, ale nie załamywał rąk. [...] P. Rażniewski nie zrezygnował też z zajęć instruktora gimnastyki leczniczej w cieplickim uzdrowisku i pracy na niwie narciarskiej w Międzyszkolnym Klubie Sportowym Podgórze Karkonoskie. Działa zarówno zawodowo jak i społecznie na różnych polach i w różnych środowiskach, z zapałem którego bynajmniej nie zgasiły ani lata, ani tzw. obiektywne trudności, ani jakże często spotykany brak zrozumienia. Kołacze do różnych bram, apeluje. No i MKS Podgórze pnie się w narciarstwie systematycznie w górę, zaś młodzi tenisiści z Jeleniej Góry awansują w wojewódzkiej sportowej hierarchii.
(koniec cyt.)

I jeszcze przytoczę jedno. Andrzej Klamut we wstępie do anegdot wydrukowanych w Gazecie Robotniczej 1988 r., pt.: "Roztargniony Stasio" pisze: (cyt.) "Stanisław Rażniewski to jedna z najciekawszych postaci dolnośląskiego sportu - zapalony działacz, były zawodnik AZS Wrocław i Stali Cieplice, narciarz i tenisista, wychowawca młodzieży i trener. Obecnie kieruje w Jeleniej Górze klubem narciarskim "Aesculap". (koniec cyt.)

Odsyłam Szanownych Czytelników na stronę internetową "Droga na Łysą Górę", gdzie znajduje się autobiograficzny artykuł Staszka, pt. "Zawiłość losów i działań". Autor pisze tam sporo o sobie. Studiował w Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. A w artykule zawiera refleksje dotyczące uczelni, wychowawców, idei i wartości pracy na rzecz kultury i sportu, oraz określa swoje miejsce w tamtych czasach.

Stanisław Rażniewski pogłębiał swą wiedzę, rozwijał swoje pasje. Wpadał w wir pracy społecznej, doświadczał prozy życia uczelnianego, startów w zawodach sportowych (AZS), jako student, urzędnik i wyczynowiec w jednej osobie. Można powiedzieć - człowiek orkiestra. Kiełkowały idee... Plany... Sposoby upowszechniania sportu; a w szczególności tenisa i narciarstwa, dyscypliny, którym poświęcał najwięcej czasu. Chciał, aby sporty te (niezwykle drogie, do dnia dzisiejszego, zresztą) były dostępne nawet najbiedniejszej młodzieży. Zawsze myślał o stworzeniu systemu opieki nad dziećmi, dającemu szerokie możliwości ich rozwoju i wychowania. Wymyślił hasło: "Wychowanie przez góry i dla gór". Jego marzenie spełniło się. Jakby na to nie patrzeć, przykład naszej Szkoły i Klubu jest na to żywym dowodem. Autor opisuje w skrócie długą drogę swojego dojrzewania do roli działacza sportowego. Drogę, która w gruncie rzeczy była początkiem, zalążkiem dzisiejszego Aesculapa. Oddaje klimat pionierskich czasów, między wierszami rysują się cechy charakteru, w treści spore fragmenty życiorysu Stanisława Rażniewskiego. Polecam gorąco tą lekturę.

Michał Rażniewski


Stanisław Rażniewski - o aktualnej sytuacji Aesculapa i Łysej Góry - film.


Stanisław Rażniewski from Michal Razniewski on Vimeo.


Na zakończenie - rozdział, który zatytułujmy: "Aesculap i Łysa Góra". Prawą ręką Staszka w tworzeniu stowarzyszenia Szkoły Narciarskiej i Sudeckiego Klubu Sportowego Aesculap i bazy szkoleniowej dla dzieci i młodzieży, Mikrostacji Sportów Zimowych Łysa Góra Dziwiszów jest Teresa Rażniewska.

Od 1970 roku Państwo Teresa i Stanisław Rażniewscy zajmują się pracą wychowawczą i organizacyjną na terenie działania Szkoły Narciarskiej Aesculap. Dzięki wspólnym zainteresowaniom, posiadania wrodzonych zdolności kierowania zespołem ludzi, cech wychowawców z powołania, umiejętności wspierania się nawzajem i podejmowaniu trudnych życiowych decyzji mogli się zająć skutecznie propagowaniem narciarstwa w Jeleniej Górze. Wybrali trudną drogę. Wywożenie dzieci w góry to odpowiedzialne zadanie. Trzeba sprostać wielu wymaganiom i oczekiwaniom, wiedzieć jak zaspokoić potrzeby dzieci i ich rodziców, jakich środków użyć, aby białym szaleństwem zarazić jak największą ilość osób. I wreszcie, jeden z najistotniejszych aspektów uprawiania tego zawodu. Wybór terenu miejsc działania szkoły, gwarantujących czyste powietrze, piękne widoki a jednocześnie możliwość bezpiecznej nauki i zabawy na nartach. Przez kilkanaście lat członkowie Szkoły Narciarskiej błąkali się po Sudetach, tracąc czas na dojazdy do różnych ośrodków narciarskich, mniej lub więcej odległych od Jeleniej Góry. Państwo Rażniewscy postanowili pomóc dzieciom, które uczyli jeździć na nartach. W jaki sposób? Otóż wpadli na pomysł, aby przybliżyć góry do Jeleniej Góry. Wybudować wyciągi tam, gdzie do tej pory narciarstwo było białą plamą na mapie. Wyciągi klubowe dostępne na zawołanie dla każdego członka Aesculapa. Było proszę Państwa takie miejsce! Nasi pasjonaci wybrali się na odległą od Jeleniej Góry, zaledwie o 10 kilometrów Łysą Górę, usytuowaną w Grzbiecie Południowym Gór Kaczawskich. Spełniało ono wszystkie konieczne warunki do bezpiecznego uprawiania narciarstwa.

Od momentu pierwszych spacerów po stokach Łysej Góry nie upłynęło wiele czasu a już zespół ludzi składających się z inżynierów i techników, uczestników członków zarządu kierowanych przez Stanisława Rażniewskiego, przygotowywał do wdrożenia projekty wyciągów w rejonie Dziwiszowa. W 1985 roku wybudowano pierwsze wyciągi - w Dziwiszowie na stoku Ulimka ( miejscowość w bezpośrednim sąsiedztwie Łysej Góry ). A w 1988 roku ruszyła budowa pierwszego wyciągu orczykowego na Łysej Górze. Większość prac wykonywana była społecznym mozołem przez członków i sympatyków Szkoły i Klubu. Wielkim wysiłkiem, natykając się po drodze na przeszkody, wydawałoby się nie do pokonania.

Państwo Rażniewscy spędzili na tej górze sporo czasu. I ... może stracili trochę zdrowia. Ale nie na darmo! Teraz uczestnicy Aesculapa jadą ze swoimi instruktorami autobusem na zajęcia zaledwie 15 minut. Na dobrze utrzymanych, sztucznie naśnieżanych trasach jeździ się świetnie i w dużym komforcie. Sześć wyciągów o łącznej przepustowości 2000 osób na godzinę zapewnia dobrą jazdę i stosunkowo małą ilość czasu spędzonego w kolejkach. Jest gdzie się zatrzymać, odpocząć i zjeść. A dla amatorów jazdy po zmroku czekają sztucznie oświetlone trasy. I stało się jasne, że Mikrostacja Sportów Zimowych na Łysej Górze, jest już nie tylko klubową górą. Dzięki pasji Państwa Rażniewskich, wychowania przez Nich instruktorów, zawodników, członków wielu, wielu rodzin, które dzięki Aesculapowi wyszło na spacer w góry, dzięki ich zaangażowaniu w pracę, w Góry Kaczawskie przyjeżdża teraz wielu narciarzy z całej Polski a także z zagranicy. Przyjeżdżają i dziwią się. Jak w takiej małej wiosce, w niskich górach o kapryśnym klimacie mogła powstać stacja o której już słychać w Olsztynie, Szczecinie, Warszawie czy Berlinie.

Marzenia Teresy i Stanisława Rażniewskch prawie się ziściły. Prawie, bo trzeba jeszcze wybudować bazę hotelową na szczycie Łysej Góry....

Michał Rażniewski

Pionier - Stanislaw Rażniewski

Przewodniczący Prezydium WRN we Wrocławiu, mgr Ostapczuk, nie mógł sobie przypomnieć jego nazwiska. Województwo duże, ofiarnych działaczy tysiące! Ale dzieło jego pamiętał. A jakże, doskonale! Wymienił nawet cyfrę. Zbudowali wtedy - w dużej mierze czynem społecznym, którego właśnie on był inspiratorem i podstawowa siłą napędową - pięć kortów tenisowych. Zapaleniec, ofiarny działacz - tak właśnie określił sylwetkę tego człowieka "ojciec" jednego z najpotężniejszych w Polsce województw.

- Szukacie pozytywnego bohatera? to go macie! - nie mogę odmówić sobie przyjemności zacytowania wypowiedzi mgra Bronisława Ostapczuka. Jako, że nie tylko od lat już znam doskonale tego zapaleńca, ale i startowaliśmy wspólnie w narciarstwie w barwach jednego klubu, walczyliśmy też na tenisowym korcie i w szrankach... gorących dyskusji. No bo z biegiem lat człowiek patrzył na wiele spraw trzeźwiej, z wyczuciem dystansu, Stanisław Rażniewski zaś, choć stuknął mu już czwarty krzyżyk, pozostawał niezmiennie zapaleńcem, pionierem z ducha i przekonań, człowiekiem, o którym można powiedzieć, że wywodzi się z klanu tych, co to zawsze siły na zamiary mierzą.

Właśnie - pionier - oto jest najwłaściwsze określenie mgra Rażniewskiego. Gdyż choć od pionierskich czasów odradzajacego się w polskości Dolnego Śląska minęło już dwadzieścia lat, p. Stanisław pionierem pozostał. I pionierem tego wszystkiego, co nowe i trudne, co wywalczyć trzeba było niemałym nakładem sił i entuzjazmu - już zostanie.
Jest jednym z pierwszych. Miał wówczas - latem 1945 r. gdy przybył tu do zrujnowanego Wrocławia z rodzinnego Zagłębia - zaledwie 22 lata. Wspólnie z takimi jak on entuzjastami przystąpił do zabezpieczania tego, co służyć miało w przyszłości jemu samemu i tysiacom jego kolegów i majatku wrocławskich wyższych uczelni. Spróbował medycyny, zrobił nawet pięć semestrów, ostatecznie jednak zdecydował się na dziedzinę, która stał się pasją jego życia - wychowanie fizyczne. Zrobił magisterium pracując zawodowo, w sporcie zaś specjalizując się w narciarstwie. I kiedy w 1954 r. działacze wrocławskich związków zawodowych postanowili szerzej ruszyć w karkonoskie narciarstwo, zwrócili się o pomoc w pierwszym rzędzie do mgr. Rażniewskiego. Nie odmówił. Zostawił niezłą posadę w wojewódzkim mieście, urządzone mieszkanie, asystenturę na uczelni i zagrzebał się w Cieplicach. Nawet nie w powiatowej Jeleniej Górze...

Startował sam, w azetesiackich wrocławskich czasach, początkowo w biegach narciarskich, później w konkurencjach zjazdowych, już w barwach Stali Cieplice. Nie uzyskał błyskotliwych sukcesów na tym zawodniczym polu, zdobył jednak rzecz znacznie cenniejszą - serca jeleniogórskiej młodzieży. Jej poświęcił gros entuzjazmu i wysiłków, zarówno w pracy nauczycielskiej w szkole jak i na trenersko-klubowym polu. W zimie narty, w lecie tenis - oto jak wyglądał kalendarz sportowy mgr. Rażniewskiego. Wbrew rozlicznym przeszkodom organizował więc w Sudetach imprezy narciarskie. Puchary Przesieki, Puchary Karkonoszy, wiosenne zawody w Kotle Smogorni. Nie zawsze wysiłki jego i jemu podobnych entuzjastów znajdowały odzew, dolnośląskie narciarstwo ciągle nie mogło wydostać się z zaścianka. Mgr. Rażniewski walczył, agitował, przekonywał, ale nie załamywał rąk.

Przyszły też pierwsze owoce pracy. Po sześciu latach impasu ruszył z martwego punktu jeleniogórski tenis. W 1962 r. oddano do użytku przy jeleniogórskim Młodzieżowym Domu Kultury korty, o których mówił przewodniczący Ostapczuk, powstał Karkonoski Klub Tenisowy. Własnie w MDK pracuje do dziś mgr. Rażniewski, prowadząc równoczesnie Dom Chemika przy jeleniogórskiej Celwiskozie.
P. Rażniewski nie zrezygnował też z zajęć instruktora gimnastyki leczniczej w cieplickim uzdrowisku i pracy na niwie narciarskiej w Międzyszkolnym Klubie Sportowym Pogórze Karkonoskie. Działa zarówno zawodowo jak i społecznie na różnych polach i w różnych środowiskach, z zapałem którego bynajmniej nie zgasiły ani lata, ani tzw. obiektywne trudności, ani jakże często spotykany brak zrozumienia. Kołacze do różnych bram, apekuje. No i MKS Pogórze pnie się w narciarstwie systematycznie w górę, zaś młodzi tenisiści z Jeleniej Góry awansują w wojewódzkiej sportowej hierarchii.

Napisaliśmy o jednym z pionierów, o jednym z przedstawicieli klanu ludzi wielkiej pasji. Jest ich tu na Jeleniogórskiej Ziemi niemało. Ot, tacy chociażby jak osiadłe od blisko 20 lat w Szklarskiej Porębie małżeństwo Gorayskich. On - przewodnik PTTK, ona nauczycielka i trener grupy dziewcząt w MKS Podgórze, oboje oddani instruktorzy narciarscy pracujacy w domach Funduszu Wczasów Pracowniczych. Ludzie pełni energii, światli, o szerokich horyzontach. Zapytałem ich wprost - dlaczego zagrzebaliście się tutaj w Karkonoszach, czy nie żałujecie tej decyzji, czy nie ciągnie was do wielkiego miasta? Odpowiedzieli mi niemal z oburzeniem - tu przecież jest nasz dom. My nie przewracamy papierków w biurze, tutaj właśnie czujemy się potrzebni i widzimy jak nasza konkretna praca daje konkretne owoce...

Z archiwum... Tygodnik "Sportowiec", Nr 15 (802), 12 kwietnia 1966 r.

Krzysztof Blauth

O Stanisławie

Poniższy artykuł przygotowany został na potrzeby jednego z wydawnictw jubileuszowych Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. Zawiera refleksje dotyczące uczelni, wychowawców, idei i wartości pracy na rzecz kultury i sportu, oraz określa miejsce autora w tamtych czasach. Stanisław Rażniewski pogłębiał swą wiedzę, rozwijał swoje pasje. Wpadał w wir pracy społecznej, doświadczał prozy życia uczelnianego, startów w zawodach sportowych (AZS), jako student, urzędnik i wyczynowiec w jednej osobie. Można powiedzieć - człowiek orkiestra. Kiełkowały idee... Plany... Sposoby upowszechniania sportu; a w szczególności tenisa i narciarstwa, dyscypliny, którym poświęcał najwięcej czasu. Chciał, aby sporty te (niezwykle drogie, do dnia dzisiejszego, zresztą) były dostępne nawet najbiedniejszej młodzieży. Zawsze myślał o stworzeniu systemu opieki nad dziećmi, dającemu szerokie możliwości ich rozwoju i wychowania.
Wymyślił hasło: "Wychowanie przez góry i dla gór". Jego marzenie spełniło się. Jakby na to nie patrzeć, przykład naszej Szkoły i Klubu jest na to żywym dowodem.

Autor opisuje w skrócie długą drogę swojego dojrzewania do roli działacza sportowego. Drogę, która w gruncie rzeczy była początkiem, zalążkiem dzisiejszego Aesculapa (ewenementu tak w świecie byłej komuny, jak i w dobie kapitalizmu). Oddaje klimat pionierskich czasów, między wierszami rysują się cechy charakteru, w treści spore fragmenty życiorysu Stanisława Rażniewskiego. Artykuł został napisany w 1975 roku. Przygotowując tekst do niniejszej publikacji (wrzesień 2006), dokonałem niezbędnych korekt, w żaden sposób nie zmieniających zasadniczej treści i intencji Autora.

Michał Rażniewski


* * *


Wspomnienie w związku z: 50-leciem rozpoczęcia studiów na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu i Politechniki we Wocławiu, 50-leciem Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu, 75-leciem Polskiego Związku Narciarskiego, 75-leciem Polskiego Związku Tenisowego, 50-leciem Dolnośląskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego.

Zawiłość losów i działań...


...osobistych i instytucjonalnych w dziedzinie wychowania, kultury fizycznej, sportu, rekreacji, higieny życia jest tak wielka, a jednocześnie fascynująca ciągiem zjawisk i faktów minionego XXX-lecia, że ich adekwatne opisanie, czy ledwie wspomnienie jest zadaniem zbyt trudnym, zbyt poważnym, by udało się choć w cząstce spełnić oczekiwania czytelnika jubileuszowego wydawnictwa.
Moje retrospektywne refleksje dotyczące biegu spraw i wybranej, zasłużonej uczelni piszę z pozycji niespokojnego, trudnego wychowanka, który do dziś nie zdołał spełnić marzeń swego czynnego życia i pracy zawodowej. Człowieka, któremu przypadło w udziale wykonać wiele zadań celów znaczących, lecz etapowych, peryferyjnych i specjalistycznych.
Wszystkie one jednak koncentrowały się na jednym pasjonującym, humanistycznym i biologicznym temacie: człowiek i jego cielesna , psychomotoryczna osobowość egzystencjalna - jego wychowanie i przetrwanie w wieku ogromnego skoku technicznego, cywilizacyjnego i kulturowego ludzkości, w wieku wojen i przemian ponadczasowych o światowym zasięgu.

Powstanie naszej uczelni - to skutek ciekawych i ważkich poczynań ludzi i społeczności. Dynamizm i entuzjazm pracy owych 20 tysięcy wrocławiaków, którzy jesienią 1945 roku, dali zaczyn sprawie - budowy sportu na Dolnym Śląsku, do dziś owocujący doświadczeniami i trwałymi osiągnięciami.
Uczelnia była w sercach młodych ludzi, pragnących po wojennej zawierusze spokoju, przyzwoitych warunków do pracy, możliwości nabywania lub pogłębiania wiedzy, czy po prostu zakosztowania barwnego studenckiego życia. Przybywali z różnych miejsc i czasów, a nieśli z sobą z jednej strony brzemię strasznej wojny, przeżyć i cierpień, z drugiej - nadzieję i wiarę w dobrą przyszłość. W zakątku Wrocławia, u zbiegu ulic Vitellona i Banacha pracowało setki a czasem i tysiące ludzi. W kręgu spotkań 1946 i 1947 roku obcowali ze sobą i tworzyli nową rzeczywistość szkoły, młodzież i profesorowie, pochodzący z najrozmaitszych środowisk, ludzie o najróżniejszych kwalifikacjach zawodowych i umiejętnościach. Nauczyciele wychowania fizycznego, naukowcy, pracownicy fizyczni i umysłowi, studenci...
Studenci AWF... Jakież bogactwo typów i charakterów! Wszystkich, dosłownie wszystkich, począwszy od założycieli, z Andrzejem Klisieckim na czele, a skończywszy na najmłodszym pierwszoroczniaku połączyło w tej pierwszej chwili umiłowanie sportu. Zadania i cele były jasne i czytelne. Choć nie były łatwe. Ogrom wieloletniej pracy piętrzył się szczególnie przed tymi, którzy wybrali trudny zawód wychowawcy dzieci i młodzieży.

Uniwersytet i Politechnika we Wrocławiu, a w tym Wydział Lekarski i Wydział Weterynarii mają specjalne zasługi w tworzeniu STUDIUM WYCHOWANIA FIZYCZNEGO. Studium z nich wyrosło i było ich integralną częścią do 1951 roku.
Rzecz jednak arcyważna. Od pierwszej chwili dążyło do jak najszybszego uzyskania operatywnej, organicznej autonomii i prestiżu naukowego. Założyciele od samego początku wyrażali wolę stworzenia uczelni wychowania fizycznego z prawdziwego zdarzenia. I jak się później okazało, dopięli swego. Rzeczywistość nawet przerosła ich oczekiwania.

Etapy moich studiów wyrażają się dwoma indeksami:
Studenta medycyny na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu i Politechniki oraz Studium Wychowania Fizycznego. Ten tematyczny związek narodził się 21 sierpnia 1945 roku i trwa do dziś. Czy jadąc pamiętnego lata zdemobilizowaną ciężarówką "Dodge" z ekipą Uniwersytetu Jagiellońskiego do nieznanego Wrocławia mogłem przewidzieć bieg wypadków swego dolnośląskiego XXX-lecia? Chyba nie bardzo... Sam wyjazd był przypadkowy. Spowodował go Tadeusz Owiński, którego spotkałem na skrzyżowaniu w Modrzejowie koło Niwki. Wysiadł on na chwilę z ciężarówki pełnej asystentów oraz profesorów i idąc na pocztę natknął się na mnie. Nie musiał długo przekonywać... Dostałem dwadzieścia minut na spakowanie rzeczy, i... już tłoczyłem się na drewnianej ławce auta w tym szacownym gronie. W każdym razie zaczynałem od młodszego asystenta i pracownika sekretariatu Wydziału Lekarskiego.
Początki... nowe kontakty, przyjaźnie. Niezapomniani: Ludwik Hirszfeld, Tadeusz Baranowski, Andrzej Klisiecki, Anna Targońska, Anna Szmitt, Hugo Steinhaus i Van do Knty ? Hotel "Miruss", staż akademicki, praca urzędnika dziekanatu, zakładanie i działalność w AZS. Czas zdobywania wiedzy i tworzenia własnej osobowości.

Zrodził się wówczas aktywista sportu akademickiego, który szlify zdobywał jeszcze w przedwojennym AKS Niwka, a po wojnie w Lechii Mysłowice. Duży wpływ na moją edukację miało grono współczesnych mi osób, otaczających na co dzień we wrocławskim AZS-ie, niepowtarzalnych i wspaniałych. A mianowicie: Dionizy Smoleński, Stanisław Kulczyński, Mieczysław Cena, Józef Kauffman-Pstrokoński, Stanisław Iwankiewicz.
Miałem wspaniały start, jako student medycyny, lubiany przez profesorów i kolegów. Jednak zabrakło mi wytrwałości i uporu w jakimś momencie. Trzy podejścia z anatomii, niedostatek specyficznych umiejętności zapamiętywania wiedzy w tym zakresie, i... porażka. Bardzo przeżyłem dramat spalenia mostów po blisko 3-letnich studiach medycznych. Zawiodłem niektórych ludzi tamtych lat.

Tak czy owak sport akademicki wiódł mnie już prosto w mury Studium Wychowania Fizycznego. Mimo, że nie byłem "orłem" w dziedzinie sprawności ruchowej, z sentymentem wspominam praktyczne zajęcia na tej uczelni. Udzielałem się tam również w Kole Studentów SWF i pełniłem jakiś czas funkcję prezesa. Brałem oczywiście udział we wszelkich imprezach i zajęciach poza murami szkoły. O zajęciach, treningach i pracy społecznej na obozach w Złocieńcu i Zieleńcu nie sposób zapomnieć. Tam nasi mentorzy robili z nas ludzi - wielcy naszego świata: Antoni Szymański, Jan Fazanowicz, Balcer, Górny, Ulatowski, Stawczyk, Winert, Skrodzki, Berezecki i inni. Pomagali nam zdobywać szlify nauczycieli, wychowawców, i instruktorów. Zapamiętałem szczególnie szczupłą, wysportowaną, bardzo lubianą przez studentów, postać profesora Antoniego Szymańskiego, pod którego doświadczonym okiem wyrastaliśmy na wuefistow, trenerów, działaczy? Do tej pory z wdzięcznością i głębokim szacunkiem wspominamy naszych wychowawców. Mobilizowali nas nieustannie, edukowali, wskazywali drogę? Podejmowaliśmy wyznaczone zadania bez mrugnięcia okiem, świadomi ciążącej na nas odpowiedzialności - już wtedy przygotowywaliśmy się do przekazanie tej wiedzy następnemu pokoleniu.

Były to czasy pionierskie, powstawały podwaliny turystyki i sportu w powojennym, żądnym normalności świecie. A my byliśmy świadkami tworzenia przodującej dziś uczelni w kraju. I... z satysfakcją przychodzi to mówić - AWF i nasi promotorzy wykształcili wielotysięczną rzeszę naukowców, dydaktyków i organizatorów, specjalistów, najróżniejszych dziedzin kultury fizycznej. Wielu ze znakomitych jej absolwentów sprawdziło się w praktycznym działaniu na terenie Dolnego Śląska. Organizowali bazę, budowali obiekty sportowe, zakładało kluby. W wyniku usilnych starań, po latach doprowadzają do powstania w Jeleniej Górze filii AWF.

Życie codziennie weryfikuje uczelnię i jej absolwentów. Widoczne gołym okiem skutki działań animatorów kultury i sportu, są tematem wielu publikacji w mediach. Przedstawia się, omawia i analizuje wyniki w wyczynie. Ocenia się na bieżąco dokonania na rzecz upowszechniania sportu, udostępniania szerokiemu ogółowi obiektów sportowych itp. Istnieje presja społeczna (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) popychająca do efektywnej pracy, do podejmowania energicznych kroków na drodze rozwoju bazy sportowo-wypoczynkowej, w trosce o zdrowie dzieci, młodzieży, dorosłych. Profilaktyka jest nadrzędnym celem i w tej dziedzinie życia zrobiliśmy wiele. A więc wyrównujemy zaniedbania, usuwamy zaległości i przeszkody. Chętnie legitymujemy się jak doraźnymi lub trwałymi sukcesami. Cieszymy się z ewidentnego postępu w kulturze fizycznej. Jednak pragnę przestrzec przed zbytnim optymizmem. Myślę, że ulegają zachwianiu proporcje między wysokim poziomem pracy uczelni, a poziomem pracy praktyków terenowych, że jest ich mniej niż się oczekuje (może niespełnieni z różnych powodów, realizują się w innych zawodach). Kontynuacja wiązania nauki z praktyką wydaje się być szczególnie ważna, konieczna na terytoriach peryferyjnych. Marzę o wdrożeniu jakiejś doskonałej strategii działania, prowadzącej w końcowym efekcie do skutecznego usportowienia młodego pokolenia, które nawiasem mówiąc wchodzi w XXI wiek. Podjęcia takich kroków, użycia na tyle ważkich argumentów, aby młodzi ludzie uznali za priorytetowe zachowanie higieny życia. Aby wyrobili w sobie potrzebę ruchu i systematycznego wysiłku fizycznego.

Moje refleksje kończę optymistycznym akcentem... Jestem bowiem osobiście, upartym optymistą. Wierzę, że nauczyciele wychowania fizycznego i trenerzy-specjaliści z różnych dyscyplin sportowych nie będą się gubić w toku fundamentalnej pracy, zatracać w gąszczu biurokratycznych, niepotrzebnych nieraz obowiązków, wynikających z błędnej polityki kadrowej. Że zostaną wykorzystani do konkretnych działań merytorycznych - stricte: NAUCZANIA I WYCHOWANIA PRZEZ SPORT. Wreszcie, co uważam za rzecz doraźnie najważniejszą? że zostanie natychmiast zahamowany exodus tych ludzi do innych profesji (niestety taką mamy rzeczywistość - z powodu braku warsztatu pracy, małych zarobków, niedocenianego i lekceważonego przez decydentów przedmiotu - usportowienie młodzieży przegrywa z matematyką, fizyką czy śpiewem). Właśnie pionu oświaty i wychowania zjawisko to dotyczy w szczególności. Cała nadzieja w tym, że ministrowie i kuratorzy przebudzą się z letargu.
Wierzę, że zaczną tworzyć znakomite programy szkoleniowe, skutkujące z jednej strony poprawą stanu bazy sportowej i wyników olimpijskich, a z drugiej - powszechnością kultury fizycznej i dostępnością nowoczesnych obiektów dla WSZYSTKICH.

Stanisław Rażniewski

Z archiwum.
Był kiedyś w Cieplicach klub sportowy o dźwięcznej nazwie "Stal". Stanisław Rażniewski piastował w nim funkcję trenera koordynatora...

Anegdoty o sporcie i sportowcach.
Gazeta Robotnicza, NR 12 (11996) z 16-17.01.1988 roku.

Stanisław Rażniewski to jedna z najciekawszych postaci dolnośląskiego sportu - zapalony działacz, były zawodnik AZS Wrocław i Stali Cieplice, narciarz i tenisista, wychowawca młodzieży i trener. Obecnie kieruje w Jeleniej Górze klubem narciarskim "Aesculap". O barwnym sportowym życiu Stasia krąży wiele anegdot. Oto trzy z nich.

Dworzec kolejowy w Jeleniej Górze. Spotykają się tu zawodnicy klubu Stal jadący na Narciarskie Mistrzostwa Polski do Zakopanego. Rażniewski jako kierownik ekipy jest oczywiście pierwszy. Powoli przybywają następni: Jan Maria Klamut, Egon Myśliwiec, Jan Bartkiewicz, Romek Oberstein. Zajmują miejsca w wagonie.
Zbliża się godzina odjazdu. Zawiadowca daje sygnał, pociąg rusza. Wtem ktoś zauważa, że Staszka nie ma w przedziale. - Patrzcie, patrzcie - słychać wołanie. - Stasiu stoi na peronie! - Faktycznie, tak się zagadał ze znajomym, że przegapił odjazd pociągu.

- Dogoni nas taksówką we Wrocławiu - mówi któryś z zawodników - tylko, że ten pościg pochłonie wszystkie nasze diety. Ciężko będzie z jedzeniem w Zakopanem.
Rażniewski faktycznie nie traci głowy i na postoju taksówek przed dworcem wsiada do potężnego "Humbera" (były to lata pięćdziesiąte), każe taksówkarzowi jechać nie do Wrocławia, lecz Jaworzyny i tam dołącza do swojej drużyny. Koledzy byli szczęśliwi, bo tym samym uratowała się część ich diet.


* * *


Kolejna podróż do Zakopanego na centralne zawody. Dojazd do Krakowa odbył się bez przeszkód, dopiero w pociągu relacji Kraków - Zakopane był straszny tłok. Ale narciarze dali sobie radę. Poukładali w przedziale swoje narty i kijki, na to położyli plecaki i każdy usiadł gdzie popadło. Zmęczeni podróżą wkrótce zasnęli.
W Zakopanem sportowcy z Karkonoszy rozlokowali się w domu wypoczynkowym FWP "Belweder". Stasiu jako szef wyprawy miał w swoim plecaku drogocenne smary, ale, że w pociągu klika godzin drzemał mając plecak za poduszkę, smary rozpuściły się i skleiły całą jego zawartość. Rażniewski ostrożnie wyciągał odzienie upaprane czarną, lepką breją, złożoną ze "Swixów", "Klistrów" i "Hollmenkoli". Uratowały się bodaj tylko jedne kalesony. Koledzy oczywiście zaczęli ryczeć ze śmiechu, ale szybko przestali, kiedy Stasiu zapytał ich czym będą smarowali narty podczas zawodów.


* * *


Ponownie jesteśmy w Zakopanem. Narciarze ze Stali trenują na Krokwi skoki, a biegacze w jej pobliżu mają trasy biegowe. Zjazdowcy udają się codziennie na Kasprowy Wierch, gdzie na Hali Gąsienicowej lub Goryczkowej ćwiczą slalomy.
Tego dnia Rażniewski ma zaplanowany trening zjazdowy. Musi wyjść wcześnie, bilet ma na jeden z rannych kursów kolejki na Kasprowy, a do stacji w Kuźnicach też trzeba dość długo jechać. Przed wyjściem ustala jeszcze ze wszystkimi zawodnikami szczegóły treningu, bierze sprzęt i spiesznie wychodzi. - Jest dość późno - zauważa ktoś - ale może jeszcze zdąży na kolejkę.
W tym momencie drzwi się otwierają i z impetem wpada Stasio wołając od progu: - Gdzie są moje kijki? Pomyliłem się i wzięłem nie te co trzeba. - Zmienia kijki i wychodzi tym razem z żoną Teresą, która postanowiła go odprowadzić do Kuźnic.
Przygotowania skoczków i biegaczy do treningu już skończone. Mają właśnie wyjść, kiedy drzwi się znów otwierają. Staje w nich Teresa. Słuchajcie - mówi - Staszek pomylił się i wziął moje narty. Gdzie są jego?

Andrzej Klamut

Teresa i Stanislaw

Od 1970 roku Państwo Teresa i Stanisław Rażniewscy zajmują się pracą wychowawczą i organizacyjną na terenie działania Szkoły Narciarskiej Aesculap. Dzięki wspólnym zainteresowaniom, posiadania wrodzonych zdolności kierowania zespołem ludzi, cech wychowawców z powołania, umiejętności wspierania się
nawzajem i podejmowaniu trudnych życiowych decyzji mogli się zająć skutecznie propagowaniem narciarstwa w Jeleniej Górze. Wybrali trudną drogę. Wywożenie dzieci w góry to odpowiedzialne zadanie. Trzeba sprostać wielu wymaganiom i oczekiwaniom, wiedzieć jak zaspokoić potrzeby dzieci i ich rodziców,
jakich środków użyć, aby białym szaleństwem zarazić jak największą ilość osób. I wreszcie, jeden z najistotniejszych aspektów uprawiania tego zawodu. Wybór terenu miejsc działania szkoły, gwarantujących czyste powietrze, piękne widoki a jednocześnie możliwość bezpiecznej nauki i zabawy na nartach.
Przez kilkanaście lat członkowie Szkoły Narciarskiej błąkali się po Sudetach, tracąc czas na dojazdy do różnych ośrodków narciarskich, mniej lub więcej odległych od Jeleniej Góry. Państwo Rażniewscy postanowili pomóc dzieciom, które uczyli jeździć na nartach. W jaki sposób? Otóż wpadli na pomysł, aby przybliżyć góry do Jeleniej Góry. Wybudować wyciągi tam, gdzie do tej pory narciarstwo było białą plamą na mapie. Wyciągi klubowe dostępne na zawołanie dla każdego członka Aesculapa. Było proszę Państwa takie miejsce! Nasi pasjonaci wybrali się na odległą od Jeleniej Góry, zaledwie o 10 kilometrów Łysą Górę, usytuowaną w Grzbiecie Południowym Gór Kaczawskich. Miejsce to spełniało wszystkie konieczne warunki do bezpiecznego uprawiania narciarstwa.

Od momentu pierwszych spacerów po stokach Łysej Góry nie upłynęło wiele czasu a już zespół ludzi składających się z inżynierów i techników, uczestników członków zarządu kierowanych przez Stanisława Rażniewskiego, przygotowywał do wdrożenia projekty wyciągów w rejonie Dziwiszowa. W 1985 roku wybudowano pierwsze wyciągi - w Dziwiszowie na stoku Ulimka ( miejscowość w bezpośrednim sąsiedztwie Łysej Góry ). A w 1988 roku ruszyła budowa pierwszego wyciągu orczykowego na Łysej Górze. Większość prac wykonywana była społecznym mozołem przez członków i sympatyków Szkoły i Klubu. Wielkim wysiłkiem, natykając się po drodze na przeszkody, wydawałoby się nie do pokonania.

Państwo Rażniewscy spędzili na tej górze sporo czasu. I ... może stracili trochę zdrowia. Ale nie na darmo! Teraz uczestnicy Aesculapa jadą ze swoimi instruktorami autobusem na zajęcia zaledwie 15 minut. Na dobrze utrzymanych, sztucznie naśnieżanych trasach jeździ się świetnie i w dużym komforcie. Cztery wyciągi o łącznej przepustowości 2000 osób na godzinę zapewniają dobrą jazdę i stosunkowo małą ilość czasu spędzonego w kolejkach. Jest gdzie się zatrzymać, odpocząć i zjeść. A dla amatorów jazdy po zmroku czekają sztucznie oświetlone trasy. I stało się jasne, że Mikrostacja Sportów Zimowych na Łysej Górze, jest już nie tylko klubową górą. Dzięki pasji Państwa Rażniewskich, wychowania przez Nich instruktorów, zawodników, członków wielu, wielu rodzin, które dzięki Aesculapowi wyszło na spacer w góry, dzięki ich zaangażowaniu w pracę, w Góry Kaczawskie przyjeżdża teraz wielu narciarzy z całej Polski a także z zagranicy. Przyjeżdżają i dziwią się. Jak w takiej małej wiosce, w niskich górach o kapryśnym klimacie mogła powstać stacja o której już słychać w Olsztynie, Szczecinie, Warszawie czy Berlinie.

Marzenia Teresy i Stanisława Rażniewskch prawie się ziściły. Prawie, bo trzeba jeszcze wybudować bazę hotelową na szczycie Łysej Góry....

Michał Rażniewski